headerimg

Dotknij Go!

Marcin Jakimowicz

Ludzie chcą w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć – przekonuje bp Grzegorz Ryś. – Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą.

Aula nabita do ostatniego miejsca. Ludzie ściśnięci jak sardynki w puszce. Mnóstwo siedzi wprost na podłodze. Rusza spotkanie z bp. Grzegorzem Rysiem, opowiadającym o swej książce: „Wiara z lewej, prawej i Bożej strony”. Włączam dyktafon i zamieniam się słuch:
– Wspólnota to nie tłum. Tłum nie dostrzega osób – zaczyna bp Ryś. – Mnie się życie kapłańskie potoczyło tak, że rok po byciu „normalnym” księdzem w fantastycznej parafii w Kętach „wrócono mnie” do Krakowa na studia. Nie raz pomyślałem, że gdybym przestał odprawiać Mszę, to mój biskup by nawet o tym nie wiedział. Straciłem kontakt z dużymi wspólnotami i całe kapłaństwo aż do chwili, gdy zostałem biskupem, przeżywałem w łączności z malutkimi grupami.
Najbardziej ze wspólnotą, która się dziś nazywa namARKA (przez lata nie potrzebowaliśmy żadnej nazwy). Jest nas dziś koło setki, jeśli liczyć drugie pokolenie. To niesamowite, jak można z kimś przeżywać wiarę niezwykle intensywnie. Takim ludziom nie głosi się kazań. Z takimi ludźmi się rozmawia. Ta wspólnota trwa ćwierć wieku, a więc została „sprawdzona”. To sprawdzenie wspólnoty zawsze ostatecznie polega na tym, że jeśli na końcu jest coś, co nam każe trzymać się razem, to jest to Pan Jezus. Wszystko inne odpada jak tynk od ściany. Najpierw można być kolegą ze szkoły, mogę mieć w grupie jakieś sympatie, ale w ciągu 25 lat musi wydarzyć się coś takiego, że jeden drugiemu „zrobi źle”. To wszystko musi się zdarzyć. I jeśli się to zdarza, a ludzie w dalszym ciągu chcą się spotykać dwa razy w tygodniu i trzy razy w roku wyjeżdżać na rekolekcje, zapraszają się na chrzciny swoich dzieci, poszczą za siebie nawzajem, to znaczy, że ostatecznym argumentem jest Pan Jezus. Takich wspólnot w Kościele są dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy.
Czy w Kościele można dotknąć żywego Jezusa? Oczywiście. Ludzie chcą dziś w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Chcą Go dotknąć i dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą. Myślę, że nie bez przyczyny nieustannie wałkujemy temat, że w Kościele trzeba zacząć mówić o Panu Jezusie. I jestem przekonany, że coraz więcej z nas o Nim mówi. I to w taki sposób, że najpierw sami jesteśmy konfrontowani z Jego obecnością, i o tyle, o ile jesteśmy z nią konfrontowani, otwieramy na to spotkanie innych.
Przykład z tegorocznej pielgrzymki krakowskiej na Jasną Górę. W grupie ruszającej ze Śródmieścia idzie około 2,5 tys. ludzi. W Bramie Krakowskiej sprawowaliśmy Eucharystię. Czytania mówiły wprost o Jezusie, więc dobrze się zaczęło już na początku. (śmiech) Kiedy nadszedł czas Komunii, powiedziałem: „No to sobie teraz siądźcie”. Usiedli, trochę zdumieni. Najtrudniej było księżom, bo nie wiedzieli, że będzie przerwa w liturgii. Na ołtarzu został tylko Pan Jezus. Powiedziałem: „On jest gotowy do spotkania. On chce być zjedzony. Zatrzymajmy się na chwilę w ciszy. Przez minutę postarajmy się postawić w Jego gotowości bycia dla nas”. Po minucie (modliłem się, jak umiem, prosząc, bym potrafił wybrać Go tak, jak On mnie wybrał, i zjednoczyć się z Nim tak, jak On chce się zjednoczyć ze mną) zaproponowałem: „Kto może podejść do Komunii świętej, to zapraszam. A tych, którzy z tysięcy różnych powodów nie mogą tego uczynić, zapraszam, by podeszli tak jak małe dzieci po błogosławieństwo, trzymając palec na ustach. Niech przyjdą po duchową Komunię”. To musiało być dla nich trudne, ale wyszli. Niektórzy byli tak przejęci, że mnie kładli palec na usta. (śmiech) Przyszli! Widziałem, ile kosztuje ich to wyjście.
Weź zrób z siebie takiego dzieciaka, który wychodzi z palcem na ustach… Zrobisz to tylko wtedy, gdy czujesz, że nie możesz przejść obojętnie obok Jezusa, który jest na ołtarzu. To nie jest pobożna czynność pt. „Komunia święta”, ale żywy, prawdziwy Jezus. Przez następne dni spowiadaliśmy wiele osób, które opowiadały, że to wydarzenie bardzo wiele w nich uruchomiło. Pamiętam, jak Wojtek Ziółek miał konferencję i powiedział: „Obserwowałem, co się dzieje. Widziałem tych, którzy podchodzili, i tych, którzy nie podeszli. Myślicie, że nic się nie stało? Sam Jezus wówczas podszedł do was, by opatrzyć w was te rany, które wam nie pozwoliły wyjść”. Więc proszę mi nie mówić, że nie ma w Kościele możliwości postawienia każdego z nas w obecności Jezusa, czyli wobec doświadczenia, które zmienia absolutnie wszystko.
On mnie tam widział!
Kocham Kościół, bo to on przekazuje mi Jezusa Chrystusa i jest dla mnie Jezusem Chrystusem. Gdy byłem rektorem seminarium, mówiłem klerykom, że dokąd nie spotkają Jezusa zmartwychwstałego, nie mogą być apostołami. I w końcu ktoś dociekliwy zapytał: „A kiedy ksiądz biskup (byłem tuż po święceniach biskupich) Go ostatni raz spotkał”. Opowiedziałem o dwóch wydarzeniach, które mi się nałożyły. Byłem w Ziemi Świętej. Siedziałem na Górze Błogosławieństw i czytałem Ewangelię Łukasza o tym, że Jezus na tej górze modlił się całą noc, a potem wybrał dwunastu apostołów. Pamiętam, że miałem mocne poczucie, że On mnie tamtej nocy widział. Zapisałem sobie na marginesie Biblii, że moje kapłaństwo jest owocem tamtej nocnej modlitwy Jezusa. Wróciłem do Krakowa. Na noc przed moją sakrą podeszli do mnie klerycy i powiedzieli: „Czy możemy się za księdza biskupa całą noc modlić?”. „Całą nie – odparłem – ale pół nocy – zgoda”. I wtedy zrozumiałem, że to jest właśnie ten Jezus, który chce się za mnie w nocy modlić, bym rano urodził się apostołem.

Prali go od świtu do nocy

To przerażające, że wydaje nam się, iż wszyscy w Kościele będą tacy sami. Uwierzcie, że jest to działanie przeciw jedności, rozbijanie wspólnoty. Najłatwiej to zrozumieć, będąc historykiem Kościoła. Wszystkie schizmy w Kościele wzięły się z tego, że mylono jedność z jednolitością. Jeśli w Kościele pojawia się facet, który uważa, że wszyscy powinni myśleć tak jak on, zachowywać się jak on, być pobożni jak on, śpiewać tak jak on, przyjmować postawy religijne tak jak on, to jest to gość, który w sposób dramatyczny rozwala Kościół.
Weźmy historię patronów Europy: Cyryla i Metodego. Przyszli do środkowej Europy z Konstantynopola. Ich bracia, biskupi niemieccy, leczyli ich ze wschodniej pobożności w ten sposób, że Metodego wsadzili do więzienia i prali od świtu do nocy, tak że sam papież musiał go z tego więzienia wyciągać i ratować najpierw jego życie, a potem misję na Morawach. Niemieckim biskupom wydawało się, że jeśli Kościół nie będzie łaciński, to nie będzie chrześcijański. Po drugiej stronie działało to mniej więcej tak samo. Mówiliśmy kapłanom wschodnim, że są nie dość dobrzy, bo mają brody, a oni odpowiadali: „A wy odprawiacie Eucharystię na niekwaszonym chlebie. Jak żydzi”. Na to my odbijaliśmy piłeczkę: „A wy odprawiacie na kwaszonym, czyli popsutym”. Na to oni po naszej Eucharystii zmywali ołtarz, by był odnowiony. Te pyskówki to proces, którego się nie zatrzyma. Każdy mówi: ma być tak, jak ja chcę, i basta! I można się nawzajem wyzywać od heretyków, wariatów. A zazwyczaj te spory dotyczą nie rzeczy najbardziej istotnych, tylko szczegółów, tego, co jest różnorodnością Kościoła.
Nie stawiaj wozu przed koniem
Kluczem ewangelizowania jest zawsze nawrócenie własne. Przekaz wiary odbywa się na zasadzie: przyjąłem – przekazuję. Ja muszę mieć doświadczenie Jezusa, który dźwiga człowieka z upadku. Jeśli jadę głosić rekolekcje, musiałby zdarzyć się jakiś kataklizm, bym nie przystąpił wcześniej do spowiedzi. I nie chodzi o formę czyszczenia, puryfikacji, ale o świeże doświadczenie spotkania z Bogiem, który mnie dźwiga. Ja muszę mieć to aktualne. Dopiero wówczas wiem, o czym chcę mówić do ludzi. Przepowiadania nie można zaczynać od moralności, od recytowania dziesięciu przykazań. To stawianie wozu przed koniem. Nie dziwmy się, że nie jedzie…
Papież Franciszek, otwierając synod o rodzinie, powiedział, by nie nakładać na ludzi ciężarów nie do uniesienia. Co to znaczy? Nie wolno głosić etyki (nawet w tak istotnych kwestiach jak małżeństwo), jeśli najpierw nie pokaże się człowiekowi Jezusa Chrystusa. Jeśli nie doświadczy tej relacji, to każde przykazanie będzie ciężarem nie do uniesienia.
Nawrócenie to spotkanie z Jezusem, w którym doświadczam tego, że jestem przez Niego kochany. Kłopot nie polega na tym, jak to głosić, ale żeby to głosić! Kerygmat to nie opowiadanie, wykładanie, tylko ogłoszenie, wykrzyczenie. O czym mam krzyczeć? O tym, że Jezus umarł i zmartwychwstał, a w tym doświadczeniu jest i moje własne. Jestem martwy w grzechu, jestem winny śmierci Syna Bożego, zmartwychwstaję razem z Nim. I papież zaznacza: nigdy nie zakładajcie, że ludzie znają kerygmat. Nigdy tego nie zakładajcie! Nawet jeśli znali go tydzień temu, niekoniecznie znają go dzisiaj. Są już w innym momencie i znów po trzebują ogłoszenia Dobrej No winy. Kerygmat jest zawsze pierwszy: absolutnie wszystko w Kościele musimy zaczynać od niego. Najważniejszym tekstem chrześcijaństwa nie jest dziesięć przykazań, ale „Ojcze nasz”. Trzeba – podpowiada Franciszek – człowiekowi przekazać Modlitwę Pańską po to, by wiedział, kim jest. I dopiero potem można mu ogłosić Dekalog.
• Promocja książki „Wiara z lewej prawej i Bożej strony” odbyła się w siedzibie wydawcy (WAM) Krakowie. W spotkaniu uczestniczyli również jezuita o. Wojciech Ziółek i dominikanin o. Paweł Kozacki.

za: https://gloria.tv/article/eUgZfFEFq4rW29CYG2a7MDVNM